Przeczytaj także
Korona Kielce przedłużyła do sześciu swoją serię bez zwycięstwa w PKO BP Ekstraklasie. W piątek przegrała na wyjeździe z Rakowem Częstochowa 0:2. – Przegraliśmy ważną bitwę, ale wojna trwa nadal. Przed nami dwa kluczowe spotkania i na tym się musimy skupić – powiedział Jacek Zieliński, trener „żółto-czerwonych”.
„Żółto-czerwoni” wyglądali lepiej w pierwszej, bezbramkowej połowie. Po zmianie stron faworyzowany rywal zagrał zdecydowanie lepiej. Szybko na listę strzelców wpisali się Lamine Diaby-Fadiga i Marko Bulat. Podopieczni Jacka Zielińskiego znaleźli się w bardzo złym położeniu. Za tydzień czeka ich bezpośredni pojedynek o utrzymanie z Widzewem Łódź na Exbud Arenie.– Wyniku nie zmienimy, nie cofniemy. Musimy się jak najlepiej przygotować do najbliższego starcia z Widzewem. Nadzieje były inne, marzenia były inne, ale niestety. Pierwsza bramka nas nadkruszyła, zaraz po niej dostaliśmy drugą. I było już bardzo ciężko – tłumaczył szkoleniowiec „żółto-czerwonych”.
Korona straciła pierwszą bramkę po stałym fragmencie gry. Przy drugiej zawodnicy również nie potrafili wcześniej zażegnać niebezpieczeństwa. Chwilę wcześniej stuprocentową szansę zmarnował Antonin. – Kulminacyjnym momentem był rzut wolny dla Rakowa. W niegroźnej sytuacji zrobiliśmy głupi faul, z tego poszło dośrodkowanie, no i Fadiga kapitalną przewrotką zdobył bramkę. A zmarnowana sytuacja Antonina będzie nam się śnić po nocach. My dostajemy takie bramki, a sami ich nie strzelamy. Tej sytuacji bardzo szkoda na 1:1, bo ona by jeszcze nas wróciła do gry, przywróciłaby tlen – wyjaśniał Jacek Zieliński.
Korona ma czego żałować, bo w pierwszej połowie Raków wyglądał bezbarwnie. W drugiej „żółto-czerwoni” wyglądali jeszcze gorzej. Po straconych golach nie mieli za dużo do powiedzenia. – Presję, jeśli już ją mamy, to założyliśmy sobie sami. Nie ma co narzekać na to. Trzeba z tym umieć żyć, umieć z tym działać. Teraz presja będzie rosła z dnia na dzień. To trzeba wytrzymać, z tym sobie trzeba poradzić. Na pewno nie towarzyszy mi teraz bezradność. Wyrzuty do piłkarzy: absolutnie nie. Na pewno złość. Ale nie będę punktował piłkarzy, słał wobec nich pretensji, stawiał się po drugiej stronie barykady. Głównie za tę sytuację odpowiadam ja. Dlatego najpierw pretensje skieruję do siebie i siebie ocenię – tłumaczył szkoleniowiec, który między wierszami został zapytany również o możliwą dymisję.
– Jeśli chce pan przeflancować w tym pytaniu wątek mojej rezygnacji, nic takiego nie będzie z mojej strony – zakończył.







